is loading...

Jak doradzać w coachingu?

Doradzanie w coachingu jest tak proste jak w każdej innej sytuacji… czy na imieninach w cioci Lodzi, czy na spotkaniu dobrych przyjaciółek, kiedy jedna zwierza się pozostałym. Należy wtedy powiedzieć co, i kiedy ktoś ma zrobić, i już! Pytanie tylko po co doradzać w coachingu? I czy to wtedy, jeszcze będzie coaching?
Otóż nie będzie! Przechodząc w tryb doradzania wychodzimy z trybu coaching. Jeżeli prawdą jest to co pisał Whitmore, a głęboko w to wierzę, że filarami coachingu jest wsparcie w zwiększaniu świadomości i odpowiedzialności, to dając gotowe recepty, możemy co najwyżej spowodować większą świadomość poczucia bezradności u coachee.
Warto pamiętać, że oferując gotowe rozwiązania, z których ktoś skorzysta i sytuacja się nie poprawi, a może jeszcze nawet pogorszy, w pewnym sensie przejmujemy część odpowiedzialności za życie klienta. Oczywiście, można powiedzieć, „źle mnie zrozumiałeś”, „nie o to mi chodziło”, lub też „ja nie chciałem…” Tylko, że mleko wtedy najczęściej się już wylało.
Kiedy pomysł na rozwiązanie pojawia się w głowie coacha, może on jeszcze zatrzymać go dla siebie i nie dzielić się z klientem. Ale już sam fakt, myślenia w kategoriach rozwiązań może być mocno zakłócający, ponieważ koncentruje uwagę na własnych rozwiązaniach, a nie podąża za klientem. Dlatego, dbając o możliwie największą skuteczność warto też rozważyć pozbycie się tego typu myśli.
Jeżeli coach ma pomysł na dzielenie się swoimi pomysłami z czystej życzliwości, to sprawa jest o tyle szczęśliwa, że kiedy sobie to uświadomi może podjąć decyzję o zaprzestaniu. Natomiast dla wielu z nas doradzanie jest naturalną ludzką tendencją. W tym kontekście, można nawet zaryzykować, że jest słabością. Często wydaje nam się, że wiemy lepiej jak ktoś ma postąpić. A zdarza się, że kiedy nas spotyka coś trudnego już takiej pewności niestety nie mamy. Zatem co zrobić, aby, chociaż częściowo, pozbyć się tej tendencji? Sprawa jest pozornie prosta, nie myśleć o rozwiązaniach dla klienta. To co prosto się pisze nie zawsze jest łatwe do realizacji, ponieważ wymaga zmiany sposobu myślenia, nawyków i trochę ćwiczeń. Zatem, kilka zdań jak można do tego doprowadzić.
Od czego warto zacząć. Od głębokiej świadomości i silnego przekonania, że doradzaniem możemy komuś wyrządzić większą krzywdę, że brak gotowych rozwiązań, to szacunek dla klienta, wiara, że ma potencjał i jest w stanie sam dojść do wartościowych wniosków i podjąć słuszne decyzje. A jeśli nawet nie będą właściwe, to sam może wyciągnąć z nich wnioski i wiele się nauczyć o sobie, sytuacji, czy swojej strategii działania. To przecież sedno coachingu.
Kluczem jest tu właściwa postawa. Dobrze jeśli jest nacechowana życzliwą ciekawością i spokojem. Zadajemy pytania i cierpliwie czekamy na odpowiedź, bo przecież nie znamy jej wcześniej. Delikatnie, tak kierujemy procesem, żeby coachee mógł zrealizować swój cel. Coach, to nie sufler, to raczej świadek, czyli ktoś kto bez zaangażowania obserwuje czyjeś zmagania z rzeczywistością udzielając adekwatnego wsparcia, powodującego rozwój, samodzielność i stopniowe zwiększanie kontroli.
Watro zastanowić się, skąd bierze się tendencja do aktywnego poszukiwania rozwiązań dla klienta? Może ten mechanizm pełni jakieś ważne funkcje w życiu, może zaspokaja jakieś głębokie wewnętrzne potrzeby? Jeśli tak, to jakie? Jak inaczej mogę zaspokoić tą potrzebę, żeby uwolnić potencjał coacha na sesji? Tak, aby w sposób właściwy, a zarazem skuteczny dawać wsparcie.
Doradzanie, to pośrednio jakaś forma przejmowania kontroli. Ktoś realizuje nasz pomysł. Działa zgodnie z naszymi wskazówkami. Czyż sterowanie czyimś życiem nie jest pociągające? Obawiam się, że jednak w coachingu nie jest... Z innej perspektywy, to kto lubi nie mieć kontroli nad własnym życiem. Przypuszczam, że niewiele osób zadeklaruje, że woli, kiedy to ktoś inny decyduje o ich wyborach. A na sesji, kiedy coachee ufa, otwiera się przed coachem taki rodzaj wpływu jest jeszcze łatwiejszy. Skoro my lubimy czuć kontrolę nad swoim życiem, to warto w ten sam sposób potraktować klientów.
Kolejna sprawa, to wdzięczność. Jeśli skutecznie rozwiązuję czyjś problem, to druga osoba najczęściej będzie ją okazywała. Można łatwo poczuć się lepiej… Tylko, czy nie warto znaleźć innego sposobu na polepszanie samopoczucia? Może są odpowiedniejsze miejsca na budowanie poczucia własnej wartości?
Wykorzystując ten prosty mechanizm, kiedy okoliczności są sprzyjające, ale na pewno nie na sesji, można wykorzystać kolejną pojawiającą się myśl z gotowym rozwiązaniem do wprowadzenia zmiany, czyli pozbycia się nawyku doradzania. Zgodnie z niektórymi koncepcjami nasza osobowość nie jest jednorodna. Składa się wielu części, które często mają sprzeczne oczekiwania i w sposób częściowo samowolny mogą je zaspokajać. Zatem kiedy myśl się pojawi, należy ją sobie z całą mocą uświadomić i okazać (poczuć) wdzięczność, że się pojawiła. A tak, wdzięczność;-) Dzięki temu mamy możliwość docenienia dobrej intencji i przeanalizowania potrzeby z której wypływa takie zachowanie, a w dalszej kolejności znalezienia innego skuteczniejszego sposobu na jej zaspokojenie. Będzie to wymagało zapewne kilku ćwiczeń, ale warto. Szczególnie, kiedy poważnie myślimy o coachingu, jako sposobie na życie.
A kto wie, może najprostszym sposobem na pozbycie się tej tendencji jest skorzystanie z pomocy kolegi lub koleżanki po fachu. Czyli kogoś, kto pozwoli na dogłębne uświadomienie sobie owego mechanizmu, przejęcie nad nim kontroli, a w konsekwencji trwałą zmianę.