is loading...

Kto prowadzi?

Kiedyś ktoś porównał komunikację do tańca. Nie jestem w tym obszarze ekspertem, choć kilka razy zdarzyło mi się godnie sprostać temu wyzwaniu. O poziomie owego tańca, niech zaświadczy fakt, że dawałem się prowadzić moim partnerkom, choć teoretycznie (jak mi wiadomo) prowadzi facet! Skoro na parkiecie jest to sytuacja nietypowa, co zatem z komunikacją interpersonalną? A właściwie z jednym, z jej nieco węższych obszarów czyli, sesją coachingową? Kto ma pełnić rolę bardziej dominującą, niejako gospodarza całego spotkania?
Jak powszechnie wiadomo, to klient określa kierunki i tematy zgodnie z którymi toczy się sesja. W jednej z metodologii coachingowych, zostało to bardzo elegancko ujęte, że klient wyznacza agendę spotkania. Wskazuje tempo i bierze odpowiedzialność za realizację swoich celów. Sam podejmuje decyzje i sam ponosi ich konsekwencje. Najlepiej zna własną sytuację, swoje ograniczenia i zasoby. Niby wszystko wiadomo, a jednak jakby czegoś brakowało…
Z punktu widzenia samego klienta, najbardziej oczekiwane zmiany dotyczą zachowania, a w szczególności, zaszczepienia nowych nawyków, efektywniejszego wykorzystania posiadanych zasobów etc. Jednak, najczęściej pierwszym krokiem, jest zmiana na poziomie postrzegania. Zarówno otaczającej go rzeczywistości, jak siebie, swoich zasobów i ograniczeń.
Zatem, kiedy klient wyznacza sobie sam cele i bierze odpowiedzialność za ich realizację, czasami potrzebuje wsparcia z zewnątrz. Kogoś, kto pomoże zobaczyć daną sytuację czy zjawisko w nieco innym świetle. Często korzystniejszym, a zawsze bardziej użytecznym. Przez dużą część czasu na sesji, coachee wyznacza kierunek, a coach za nim podąża, ponieważ traktuje coachee, zgodnie z resztą ze stanem faktycznym, jako najbardziej kompetentnego eksperta w obszarze własnego życia!
Z drugiej zaś strony, taki rodzaj jakby „bierności” nie zawsze daje najlepsze rezultaty, więc w ramach wyznaczonego kierunku sesji coach czasami przejmuje prowadzenie (co to dokładnie znaczy, wyjaśnię za chwilę). Pozwalając klientowi na dostrzeżenie innych aspektów omawianego zagadnienia.
Zatem, pojawia się pytanie która z opcji jest korzystniejsza, czy bardziej prowadzenie, wtedy coach, jakby narzuca kierunek rozmowy, czy jednak podążania, wtedy pozostaje w pewnym sensie „bierny”. Odpowiedź jest jak zwykle w takim przypadku prosta: to oczywiście zależy od sytuacji. Najkrócej rzecz ujmując coach ma i podążać za klientem, ale też zobowiązany jest do prowadzenia, kiedy jest to korzystne dla przebiegu procesu.
Rozwijając nieco ten wątek, należy, prowadząc sesję uwzględnić okoliczności w jakich znajduje się sam klient, oraz jego potrzeby, a wtedy najczęściej coach stara się zachować pewien rodzaj równowagi pomiędzy prowadzeniem a podążaniem. Technicznie, najprościej można to ująć w taki sposób, że po wyznaczeniu głównego kierunku przez klienta, coach podążając za nim proponuje czasami przyjrzenie się temu, co jest zasobem, co przeszkodą, jak może wykorzystać to, co pojawia się na drodze itp. Powoduje to, najczęściej zadając pytania, które niejako zmuszają coachee do myślenia w inny sposób, do zmiany perspektywy, do innego oglądu sytuacji.
Trudno sobie wyobrazić sytuację, kiedy coach tylko i wyłącznie prowadzi, ale możemy przeanalizować inną, kiedy owego prowadzenia jest nadmiar. Jak może wyglądać taka sesja? Chyba niezbyt ciekawie, ponieważ wrażenie jakie wtedy się ma, przypomina raczej wycieczkę do ZOO z przedszkolakiem, na przykład z grupy Żyraf lub Misiów, gdzie mamy jakiś plan (co po kolei oglądamy), bierzemy odpowiedzialność, żeby nam nie wpadł do wybiegu tygrysów, kupujemy napój kiedy jest spragniony i hot doga kiedy zgłodnieje. Jednym słowem za dużo na głowie „opiekuna”, czyli nie jest to coaching.
A teraz inne skrajne podejście. Coach prawie tylko podąża za klientem. Dla równowagi posłużę się innym porównaniem. Tym razem możemy wyjść z dzieckiem na sanki. Słoneczny, mroźny dzień, śnieg po kolana. Wymarzona pogoda na spacer… Tylko, że w tej nierealnej scence, to ów przedszkolak ciągnie nas na sankach. Jednym słowem, coach jest zbyt bierny – tu jako balast – więc też nie coaching.
Zazwyczaj, żadna ze skrajności nie jest właściwa. Tak jest i w tym przypadku. Coach, bo to on ma świadomość przebiegu sesji – z procesowego punktu widzenia. W zależności od potrzeb na danym etapie sesji, albo podąża za klientem, albo prowadzi – proponując „spojrzenie w innym kierunku”. A to coachee, sam zdecyduje, czy będzie, choćby przez chwile zmierzał w tym kierunku, czy pozostanie przy wcześniej wyznaczonym. Oczywiście, najczęściej się zgadza, bo taka jest rola coacha, a kiedy i pytanie jest dobre, to stanowi niewątpliwą wartość w procesie realizacji celów.
Podsumowując, coach zachowuje równowagę pomiędzy prowadzeniem a podążaniem, tak jak to jest najkorzystniejsze dla samego klienta. Kiedy jest to potrzebne zadaje pytania pogłębiające, czy też eksplorujące. W innym przypadku proponuje wycieczkę w obszar zupełnie nie znany, na przykład dotyczący zasobów, możliwych do wykorzystania w czasie realizacji celu. To jakby rodzaj tańca, w którym obie strony mogą, w zależności od potrzeb przejmować prowadzenie.